Krzysztof Włodarczyk (66-4-1, 45 KO), jak wiemy zadebiutował w nowej kategorii wagowej z przytupem i został (tymczasowym) mistrzem świata WBC dywizji bridger efektownie nokautując Adama Balskiego w 10 rundzie niedzielnego pojedynku. Zważywszy, iż „Diablo” to prawdziwy weteran ringu, bo i mnóstwo walk na koncie po jego stronie, a i wiek to już 43 lata. Był swego czasu mistrzem świata IBF, oraz WBC kategorii junior ciężkiej, a w chwili obecnej federacji WBC wspomnianej bridger. Na pierwszy rzut oka nie pozostaje jak tylko przyklasnąć osiągnięciom, ale warto się zastanowić, czy to nie najlepszy moment, aby zakończyć karierę z fanfarami.

W tle czai się pełnoprawny czempion tej dywizji, czyli Kevin Lerena (31-3,15 KO), pytanie jest czy pokonanie go doda Polakowi prestiżu i czy opłaca się w ogóle taka walka naszemu utytułowanemu weteranowi? Bo w gruncie rzeczy ryzyko porażki jest, a i nie wiadomo czy pieniądze będą odpowiednie, gdyż zawodnik z RPA to nie „gruba ryba” szermierki na pieści przynajmniej z marketingowego punktu widzenia. Niewątpliwie tak efektowna walka i tytuł, który zgarnął nasz reprezentant, to naprawdę coś, tym bardziej jak jest się jedną nogą na sportowej emeryturze, niemniej może to już ten czas, aby powiesić rękawice na kołku.

W Polsce o dziwo potencjalnie też można byłoby go zestawić z innym polskim pięściarzem jakim jest Mateusz Masternak (49-6, 32 KO) i jakby jeszcze w tle był pas zdobyty przez Włodarczyka, to zapewne sporo fanów by to z wielką chęcią obejrzało, aczkolwiek styl walki premiowałby „Mastera”, a jakby szukając analogii w odbytych już pojedynkach to zapewne byłoby coś na wzór starcia Usyk vs Gassijew, tyle że w kategorii bridger i w dodatku po polsku, niemniej tak jak wcześniej wspominałem, być może lepiej odejść w chwale niż zrobić ten jeden krok za dużo, ale to już będzie decyzja naszego nowego mistrza świata i pozostaje mu kibicować, aby wybrał dobrze.

Źródło: Redakcja

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis